Angela Merkel wezwała do podzielenia sieci na dwie prędkości, bo według niej będzie to sprzyjać innowacyjnym usługom. Jest to atak na neutralność sieci, ale przynajmniej atak szczery i otwarty.

Dyskusja o neutralności internetu trwa od lat. W tej idei chodzi o to, aby wszelkie dane były w sieci traktowane jednakowo. Taki internet nie podoba się niektórym telekomom, które chciałyby tworzenia szybszych usług, oczywiście dodatkowo płatnych. Wówczas operatorzy mogliby brać pieniądze np. od YouTube, aby jego usługa działała zawsze szybko i sprawnie. Niestety istnieją obawy, że podzieli to internet na usługi pierwszej i drugiej kategorii, doprowadzając do dyskryminowania tych, których nie będzie stać na "internetowe autostrady".

Ostatnio w USA Barack Obama opowiedział się za neutralnością sieci. Tymczasem w Unii Europejskiej mamy istną huśtawkę nastrojów. Parlament Europejski niby sprzyja neutralności, ale niedawny wyciek dokumentu włoskiej prezydencji pokazał, że neutralność w UE jest zagrożona. Potem ten dokument był krytykowany m.in. przez wiceprzewodniczącego KE.

Merkel nie wierzy w neutralność


Teraz swoje trzy grosze dołożyła do dyskusji kanclerz Niemiec Angela Merkel. Jak podaje niemiecki The Local, pani kanclerz wystąpiła na konferencji Digitising Europe, której organizatorem jest m.in. Vodafone.

Angela Merkel wezwała do podzielenia sieci na "wolny internet" oraz "usługi specjalne", gdyż jej zdaniem "internet przyjazny innowacji oznacza, że jest gwarantowana niezawodność dla specjalnych usług". Merkel miała też stwierdzić, że niezawodne i zawsze bezpieczne połączenia są niezbędne, jeśli chcemy mieć autonomiczne samochody lub telemedycynę.

- Nie możemy mówić o neutralności sieci, jeśli pojemność (sieci), by ją posiadać, jest niedostępna - powiedziała Merkel (cytat za The Local, Merkel speaks out against net neutrality).

Przynajmniej była szczera


Przeciwnicy polityczni Merkel sugerują, że pani kanclerz po prostu uległa lobbingowi telekomów. Trzeba zresztą przyznać, że jej słowa mogłyby być inaczej odbierane, gdyby nie padły na konferencji, której gospodarzem jest Vodafone.

Padają też komentarze, że Merkel wprowadza zamęt w temacie, który na poziomie UE wydawał się dopracowany. Parlament Europejski przegłosował przecież przepisy, które mają zapewnić neutralny internet w UE. Dużo się mówiło o potrzebie zapewnienia "otwartego internetu". Wydawało się, że Unia określiła swój kierunek, ale to był błąd. Ujawniony niedawno dokument włoskiej prezydencji wyraźnie ukazywał, że według polityków piłka jest w grze. Warto też zauważyć, że nowy komisarz UE ds. gospodarki cyfrowej, Günther Oettinger, też nie wydaje się zwolennikiem neutralności sieci.

Krytycy Angeli Merkel pominęli pewien istotny fakt. Niemiecka polityk opowiedziała się przeciwko neutralności, ale przynajmniej zrobiła to otwarcie. Powiedziała, że nie wierzy w sens pełnej neutralności. Jest to o wiele uczciwsze zagranie niż takie, jakie mogliśmy w UE obserwować wcześniej. Zdarzało się już, że politycy unijni mówili o otwartości, zapewniali o przywiązaniu do neutralności, a następnie proponowali brzmienie przepisów niezgodne z tymi deklaracjami. Takie ciche podkopywanie neutralności jest o wiele gorsze niż deklaracje Merkel.

W istocie kanclerz Niemiec uświadomiła nam, że sprawa neutralności nie jest jeszcze załatwiona. Jest nawet możliwe, że w dyskusjach na ten temat nie posunęliśmy się zbytnio do przodu i bardzo błędne było wrażenie, że ta sprawa w UE jest bliska rozstrzygnięcia.

[Marcin Maj]