Islandia może być pierwszym krajem, w którym Partia Piratów będzie po prostu rządzić, tak przynajmniej mówią sondaże.

Islandzki serwis VÍSIR opublikował ostatnio wyniki dwóch różnych sondaży mówiących, że na Islandii Partia Piratów może mieć pierwszorzędne znaczenie.

13 marca opublikowano wyniki sondażu gazety Fréttabla?i?. Wynikało z nich, że Partia Piratów może liczyć na 22% głosów. To dawałoby tej partii 14 miejsc w jednoizbowym parlamencie Islandii, w którym są zaledwie 63 miejsca. Według Fréttabla?i? więcej miejsc zdobyłaby tylko centroprawicowa Partia Niepodległości, czyli Sjálfst?isflokkurinn (zob. The Pirate Party is now measured as the second biggest party in Iceland).

Inne wyniki przedstawiła w tym tygodniu firma MMR, która regularnie bada poparcie dla islandzkich partii. Według jej sondażu Partia Piratów mogłaby liczyć na 23,9% głosów i byłaby zwycięzcą wyborów. W tym samym sondażu Partia Niepodległości uzyskała poparcie na poziomie 23,4%. W praktyce obie partie miałyby po 16 przedstawicieli w parlamencie (zob. The Pirate Party is now measured as the biggest political party in Iceland).

Ludzie nie chcą "konwencjonalnej polityki"?


Można powiedzieć, że Partia Niepodległości i Partia Piratów idą łeb w łeb. Zauważmy jednak, że Partia Niepodległości istnieje od 1929 roku i posiada bardzo dobrze ugruntowaną pozycję na islandzkiej scenie politycznej. Pomysł tworzenia Partii Piratów w różnych krajach ma zaledwie 9 lat, a islandzka Partia Piratów powstała pod koniec 2012 roku.

Przedstawiciele islandzkiej Partii Piratów startowali w wyborach parlamentarnych w roku 2013. Partia uzyskała poparcie na poziomie 5,1%, co dawało trzy miejsca w Parlamencie. Najbardziej rozpoznawalną polityk tej partii jest Birgitta Jónsdóttir, już wcześniej islandzka posłanka, mająca rzekomo powiązania z Wikileaks i będąca w centrum głośnej niegdyś sprawy dotyczącej inwigilowania Europejczyków na Twitterze przez władze USA.

Jak widać, w Islandii trzeba bardzo poważnie traktować Partię Piratów. Birgitta Jonsdottir uważa, że jest to efekt spadającego zaufania do "konwencjonalnej polityki", która kojarzy się z korupcją, elitarnością i pychą. Przedstawiciele Partii Piratów mają świadomość, że sondaże to nie wybory. Helgi Hrafn Gunnarsson (członek parlamentu i programista) zauważył, że wyniki wyborów nie mogą być powodem do popadania w arogancję.

Pytanie brzmi, czy ten wynik islandzkiej Partii Piratów jest lokalną ciekawostką, czy zapowiedzą jakiegoś trendu, który najpierw objawił się na Islandii.

[Marcin Maj]