Przez lata Francja przymierzała się do cenzurowania internetu w imię walki z terroryzmem i pedofilią. Zrobiono to dopiero teraz, w kontekście ataku na Charlie Hebdo. Pytanie brzmi, czy to naprawdę powstrzyma terrorystów?

Nieważne, czy francuskim prezydentem jest prawicowy Sarkozy czy lewicowy Hollande. Obaj panowie wierzą, że wiele zła pochodzi z internetu i to medium trzeba trzymać krótko. Francois Hollande ma o tyle łatwo, że to za jego kadencji doszło do ataku na Charlie Hebdo, a na gruncie strachu łatwiej jest wprowadzać przepisy sprzyjające inwigilacji albo cenzurze.

Dekret nr 2015-125


Francja właśnie wprowadza cenzurę internetu w imię walki z terroryzmem i pedofilią.

Prezydent Francois Hollande i premier Manuel Valls podpisali Dekret nr 2015-125. Dzięki niemu francuskie służby będą mogły żądać blokowania stron zawierających treści związane z terroryzmem i pedofilią. Będzie się to odbywało z pominięciem drogi sądowej, a blokada ma nastąpić w ciągu 24 godzin. Osoby odwiedzające zablokowane strony będą przekierowywane na strony z informacją o powodzie blokady.

Dekret zawiera pewne zabezpieczenia. Operatorzy stron będą mogli się odwoływać od decyzji. Zablokowane strony będą też raz na kwartał sprawdzane pod kątem treści niezgodnych z prawem. Jeśli te treści znikną ze stron, blokada będzie zdejmowana. Co ważne, dostawcy internetu (ISP) będą mogli się starać o zwrot kosztów związanych z blokowaniem.

Krok naprzód, ale w jakim kierunku?


Mimo tych zabezpieczeń dekret jest ostro krytykowany. Felix Tréguer z grupy obywatelskiej La Quadrature du Net powtórzył te same argumenty, które zawsze wracają przy dyskusjach o blokowaniu. Ten środek może być stosowany nadmiernie, prowadząc do ograniczania wolności słowa. Jest też wysoce prawdopodobne, że ludzie zainteresowani ominięciem blokad po prostu je ominą.

- Ten środek daje tylko iluzję, że państwo działa na rzecz naszego bezpieczeństwa, podczas gdy posuwa się ono krok dalej w podważaniu praw podstawowych w internecie - mówił Felix Tréguer. - Musimy zanieść ten dekret przed francuską Radę Stanu, aby go cofnąć.

LOPPSI powraca dzięki Charlie Hebdo


Jak już wspomniano, Francja od dawna przymierzała się do takiego prawa. W roku 2011 zaproponowano ustawę LOPPSI, która miała wprowadzić blokowanie stron internetowych w imię walki z pedofilią. Przy okazji LOPPSI francuska Rada Konstytucyjna orzekła, że blokowanie stron pedofilskich jest zgodne z konstytucją. W ubiegłym roku pojawiły się propozycje ostrzejszej walki z terroryzmem, również przez kontrolowanie internetu. Najnowszy dekret jest uważany za realizację części zamiarów zawartych w tych dwóch projektach ustaw.

Atak na Charlie Hebdo z pewnością ośmielił polityków do realizowania takich pomysłów. Niedawno prezydent Francji zapowiedział, że wprowadzi prawo pozwalające na karanie serwisów internetowych za przechowywanie treści nawołujących do przemocy. Było to zgodne z pomysłami premiera UK Davida Camerona, który chce też walczyć z szyfrowaną komunikacją.

Znamienne było również to, że zaraz po ataku na Charlie Hebdo europejscy ministrowie spraw wewnętrznych wezwali do zwalczania radykalizacji "zwłaszcza w internecie", tak jakby to internet był podstawowym czynnikiem napędzającym terroryzm.

Można sobie w tym miejscu zadać proste pytanie. Czy wprowadzony we Francji dekret to naprawdę mocny cios dla terroryzmu? Czy blokowanie stron sprawi, że niebezpieczeństwo kolejnych ataków zostało zażegnane? Czy naprawdę w tym momencie odebrano terrorystom środki porozumiewania się?

Niestety można się obawiać, że terroryści jakoś sobie poradzą. Tymczasem można zadać pytanie, czy strona ujawniająca jakieś tajemnice rządu Francji nie będzie potraktowana jako "terrorystyczna"? Przecież w przeszłości mówiono, że Wikileaks pomaga terrorystom. Mówiono też, że wycieki Snowdena mogą pomagać terrorystom. Generalnie walka z terroryzmem może być bardzo wygodnym pretekstem dla dławienia niechcianych treści.

[Marcin Maj]