Polscy politycy chcą wzmocnić system opłat za prywatne kopiowanie, rozciągając go na tablety i smartfony. Tymczasem Finlandia chce odejść od tych rozwiązań i znów wraca pomysł rozwiązania problemu na szczeblu unijnym.

Polskie ministerstwo kultury ciągle zastanawia się nad tym, czy tablety i smartfony należy objąć tzw. opłatą reprograficzną (zwaną też opłatą CL lub podatkiem od piractwa, choć to nie ma związku z piractwem).

Dyskusji nad tymi nowymi opłatami towarzyszy parada dziwacznych argumentów. Jeśli nowe opłaty zostaną wprowadzone, będzie to możliwe dzięki przestarzałemu prawu odnoszącemu się jeszcze do magnetofonów. Mimo to zwolennicy opłat mówią, że "prawo trzeba dostosować do nowych realiów".

Konieczność wprowadzenia nowych opłat tłumaczy się również tym, że artyści ponoszą straty, jeśli ich fani przenoszą legalnie kupione nagrania z płyty na odtwarzacz MP3 lub komputer. Nawet ministerstwo kultury dostrzega straty wynikające z przeniesienia plików na inne urządzenie. Można odnieść wrażenie, że politycy nie potrafią myśleć schematami innymi, niż te przedstawiane przez organizacje typu ZAiKS.

Nie wszyscy chcą utrwalać system


Czy nasi politycy są wyjątkowo ograniczeni? Cóż... prawdą jest, że opłaty reprograficzne funkcjonują w całej Unii Europejskiej. Nie wszędzie jednak politycy ślepo wierzą w system. W innych krajach zaczyna się głośno mówić o wadach opłat CL i próbuje się je zastępować innymi rozwiązaniami.

Otwartością umysłów wykazały się w tym roku władze Finlandii. Najpierw fiński urząd będący odpowiednikiem naszego UOKiK wydał raport dotyczący problemów na rynku praw autorskich. W tym raporcie zauważono, że system opłat za prywatne kopiowanie jest wysoce problemowy i należy rozważyć jego reformę. Po prostu opłaty za prywatne kopiowanie wymyślono w "epoce analogowej", a w dzisiejszych czasach takie opłaty mogą szkodzić rozwojowi rynku.

To nie koniec, bo Finlandia ma zamiar zrezygnować z "haraczu za kopiowanie". Parlament tego kraju zagłosował za odejściem od systemu opłat, które zostaną zastąpione rządowym funduszem na rzecz artystów. Takie rozwiązanie wiąże się z pewnymi kosztami po stronie podatników, ale jednak jest uważane za rozsądniejsze. Wcześniej coś podobnego wprowadziła Hiszpania. Niestety nie da się całkowicie uniknąć "kompensaty" dla twórców, bo konieczność jej odprowadzania wynika z prawa unijnego.

O zmianach w Finlandii donosiła organizacja Digital Europe. W jej informacji prasowej cytowana jest fińska polityk Henna Virkkunen, która wzywa do unijnej reformy problemu opłat za prywatne kopiowanie. Również szwedzka polityk Cecilia Wikstrom mówi otwarcie o wadach obecnego systemu.

- Jak (grupa) Abba może ucierpieć, jeśli ja robię prywatną kopię swojej płyty CD, żebym mogła słuchać jej na odtwarzaczu mp3 w czasie biegania? - pytała retorycznie Cecilia Wikstrom. - Debata o opłatach reprograficznych celowo została zagmatwana, aby przekonać nas (twórców prawa) do utrwalenia absurdalnego systemu.

Trudno nie zgodzić się z Cecilią Wistrom. W Polsce sytuacja wygląda tak, że nowe urządzenia wielofunkcyjne mają być objęte parapodatkiem pierwotnie dotyczącym magnetofonów i magnetowidów. Wszystko dlatego, bo artyści ponoszą legendarne straty, których istnienia nikt nie potrafi udowodnić. Czy to nie jest zagmatwana debata?

Problem nie tylko polski


Na poziomie Unii Europejskiej też próbowano rozplątywać problem opłat CL. W marcu tego roku dyskutowano o tym w Parlamencie Europejskim przy okazji tzw. projektu Castex. Pisały o tym nieliczne media, a opinia publiczna nie uznała tego tematu za ważny. W efekcie europarlament przyjął rezolucję głoszącą, że system pobierania "podatku od piractwa" jest dobry i nie ma lepszych alternatyw. Wzmocniono patologiczne rozwiązanie, bo opinia publiczna nie patrzyła politykom na ręce.

Teraz klimat nieco się zmienił. Groźba objęcia opłatami tabletów i smartfonów uświadomiła opinii publicznej, że w ogóle istnieje takie coś jak opłata reprograficzna. Teraz unijna dyskusja na ten temat mogłaby wyglądać całkiem inaczej.

[Marcin Maj]